Parasol Taty
– Tata, patrz, pada, patrz!
Paroletnia Dziewczynka plaskała bosymi stópkami po podłodze. Wykrzykiwała z taką samą radością za każdym razem, kiedy dostrzegała krople deszczu. Deszcz oznaczał dla niej coś ważnego.
Dobiegła do okna. Jej Ojciec złapał ją pod paszki i posadził na ławie, aby mogła obserwować deszcz przez okno. Klęczała na niej, łokcie położywszy na parapecie, zaś brodę oparłszy na piąstkach. Patrzyła na krople, ściekające strumykami po szybie okiennej. Odetchnęła głośno z zachwytem.
Po chwili Ojciec pomagał jej włożyć niebieskie kalosze i żółtą przeciwdeszczową pelerynę. Spieszyła się; kto wie, kiedy deszcz przestanie padać? Deszcz czynił dzień niezwykłym.
Kiedy oboje wychodzili z domu, Ojciec zabrał ze sobą swój parasol. Był to duży i ciężki parasol, z solidną rączką i szpikulcem.
Stali już na ganku. Ciężkie krople deszczu uderzały silnie o daszek nad drzwiami, z impetem trafiały w liście rosnących przed domem drzew, jakby się ze sobą umówiły: każdy liść ma dzisiaj otrzymać deszczowy pocałunek.
Ojciec otworzył parasol. Ona niecierpliwie podskakiwała na chudych nóżkach.
– Tata, mogę? Już? Mogę?
– Tylko trzymaj mocno! – Ojciec włożył jej do rąk parasolową rączkę.
Ruszyli mokrą ulicą. Dziewczynka niosła oburącz wielki, ciężki, męski parasol. Widać było jej szeroki uśmiech i dumę z tego, że niesie coś tak ogromnego. A tuż obok szedł jej Ojciec i uważnie trzymał ten parasol za szpikulec… pozwolił go nieść swojej córce, choć był on dla niej za ciężki i o własnych siłach by go nie utrzymała. Ale obok szedł jej Tata, pozwalał jej na radość i dumę, pozwalał poczuć, jaka jest silna i dzielna. Przechodnie oglądali się za tą parą, gdyż Dziewczynka aż promieniała.
A kiedy wrócą do domu, wypiją gorącą czekoladę z fajansowych kubków w niezapominajki.



Komentarze
Prześlij komentarz