poniedziałek, 1 lutego 2016

Co to znaczy być prawdziwym filozofem? Odejście od drzewa poznania ku drzewu życia

Ela - drzewo poznania

Kiedy sięgam pamięcią w przeszłość widzę swoje życie jako przeżywanie wszystkiego z wrażliwością, która była dla mnie trudna i bolesna. Próbowałam rozumieć to wszystko, w czym uczestniczyłam. Próbowałam rozumieć siebie i dziwny świat wokół mnie. Byłam bardzo emocjonalna i sądziłam, że mogę rozumem i myśleniem okiełznać ten żywioł. Żyłam w małomiasteczkowej atmosferze, gdzie dominowała typowa polska mentalność oparta na duchowości katolickiej. Czułam jak odbiegam od tego klimatu i nie pasuję do tego wszystkiego, co mocno definiowało ową mentalność. Czułam się w tym środowisku dość obco, prawie jak dziwoląg w zestawieniu z tym, co nosiłam w sercu. A nosiłam w nim marzenia, które większość określiłaby idealizmem życiowym, snami o nierealności.        

Wybrałam studia filozoficzne z dwojakiego względu. Po pierwsze byłam uzdolniona pisarko i bliższe były mi nauki humanistyczne niż ścisłe – matematyczno-fizyczne. Po drugie, sądziłam, że filozofia pomoże mi zrozumieć świat, ludzi i siebie i w ten sposób uporządkuje moje myślenie, a jednocześnie odpowie mi na pytania fundamentalne, które zadawałam sobie. W moim oczekiwaniu filozofia miała dać mi pewność, jasny obraz rzeczy oraz harmonię ducha. 

Tymczasem studia filozoficzne zburzyły co prawda „stare wartości” i wprowadziły mnie w wymiar wielu możliwości myślenia o tym samym, ale pogłębiło to tylko moją niepewność odnośnie prawdy i wprowadziło w relatywizm poznawczy. Byłam rozbita i bliska nerwicy egzystencjalnej. Zagubiona wśród wyłaniających się alternatyw.
            


Ela - drzewo życia

Odeszłam od tradycyjnej wiary ojców i szukałam własnej drogi. Filozofia okazała się studnią bez dna – im bardziej rozmyślałam i na serio przeżywałam Sokratesa, Platona, Locka, Spinozę, Kanta i Hegla wraz z Heideggerem i Jungiem tym bardziej spadałam w niewiarę, którą filozofia nazwała uczenie sceptycyzmem traktując ją jako cnotę i wyznacznik rozumności. Sceptycyzm rozbijał skutecznie wiarę w jakąś pewność i unicestwiał „krytyką” wszystkie świętości. Bo żadna z tych filozofii nie dawała odpowiedzi na pytania fundamentalne w taki sposób, by dusza mogła  odpocząć, a nie dalej gnać od pytania do odpowiedzi, która za moment okazywała się być podważana przez kolejne rozważania i pytania.. Mój mózg ciągle pracował i rozwiązywał problematy, co pochłaniało dużo mojej życiowej energii.
            Humanizm odcisnął kolejne mocne piętno na moim światopoglądzie. Czym jest humanizm? Ano jest to sposób myślenia, który usadawia człowieka w centrum czyniąc go bogiem, owym najwyższym kryterium poznania, wolności i wartości. Staje się on centralnym punktem odniesienia, co buduje jego niezależność, pychę i poczucia wartości opartą na jego zdolnościach i mocach. Humanizm usuwa Boga w imię wolności człowieka. Preferuje nie tylko „przesadny optymizm” odnośnie człowieka, ale zdecydowanie coś więcej – jego ubóstwienie, wyrażone w myśli Empedoklesa, greckiego starożytnego filozofa, „człowiek jest miara wszechrzeczy”.
            W takim stanie ducha i umysłu, poszukując ciągle swojej drogi znalazł mnie Bóg.  Pracowałam na uczelni WSP w Zielonej Górze nauczając studentów filozofii, która (teraz zdaję sobie z tego sprawę) zakorzeniona w greckiej racjonalności czerpała wyłącznie z drzewa poznania. Filozofia grecka wyrosła z buntu przeciwko bogom i próbowała ubóstwić rozum jako ostateczną miarę poznania i odniesienia. Moja dusza była spragniona czegoś innego. Marzyłam o wielkiej miłości, ale przybierałam pozę niezależnej i wyemancypowanej kobiety. Pisałam doktorat. Samotnie wychowywałam córeczkę. Starałam się być dobra i pozytywna, ale cała zraniona głębia mojej duszy powodowała jakiś rodzaj rozdwojenia i nieprawdy pomiędzy tym, co na zewnątrz pokazywałam a wnętrzem, które „płakało” i było niepocieszone.