O mnie


Ela Stawnicka-Zwiahel, filozof

Filozof znaczy miłujący mądrość
(świadectwo mojego nawrócenia)

Kiedy zaczynałam studia filozoficzne miałam złudne marzenia, że umożliwią mi one poznanie samej siebie, pozwolą zrozumieć zawiłości mej duszy, a tym samym wprowadzą ład i harmonię do mojego życia. Było też wiele bliżej nieuświadamianych dążeń i pragnień duszy, jak chociażby pęd ku wolności, którą przeczuwałam w momentach niezgody na rzeczywistość czując, że nie tak ma wyglądać prawdziwe życie.
W tym sensie byłam „niepoprawną” idealistką i marzycielką, poetką żyjącą w sferze negacji szarości, wyrywającą się ku krainom nieznanym. Na tamten czas postawy te przekładały się na sny i kroki wyrwania się z rodzinnego miasteczka, którego atmosfery i mentalności ich mieszkańców nie tylko że nie podzielałam, ale odcinałam się od niej wewnętrznie nosząc w sobie jakieś piętno odmieńca, dziwaka, innego. Nie lubiłam tego miasta całą swoja duszą czując intuicyjnie panującą tam beznadzieję i marazm, i marząc o czymś więcej niż bycie jednym z szarych i “wyssanych” z życia tzw. zwyczajnych zjadaczy chleba, żyjących niejako z drugiej ręki, w jakiejś tradycją ustalonej koleinie, za wyrwanie się z której groził ostracyzm społeczny.
Owym momentem wyrwania się z kręgu nielubianej swojskości było moje zamieszkanie we Wrocławiu w związku ze studiami, jakie tam rozpoczęłam na kierunku filozofii.
Okres studiów filozoficznych był burzliwym i niełatwym okresem poszukiwania siebie, poznawania i rozumienia różnych sposobów myślenia o bycie, Bogu, człowieku, kulturze, itp. i towarzyszącym temu dezintegracjom i nerwicom egzystencjalnym.
Mimo przeżyć tego rodzaju był to czas twórczego niepokoju i poszukiwań odpowiedzi na pytania fundamentalne. Czas poznawania ciekawych ludzi, usiłowania pokonania własnych lęków i eksperymentowania na sobie samej (często wbrew sobie), by poznać ukryte wymiary własnej duszy. Na własny sposób kontestowałam polską rzeczywistość wyrażając sprzeciw wobec wartości powierzchownych, przeciwstawiając się mocno religijnej mentalności polskiej, sama przecież pozostając w pozycji bezradności i absurdu, z którym próbowałam sobie jakoś intelektualnie i emocjonalnie radzić. Na tym etapie rozwoju pociągał mnie marksizm jako metoda wyjaśniania społecznej i politycznej rzeczywistości, ale z biegiem czasu zwróciłam się ku psychoanalizie, by w końcu odkryć C.G. Junga, który zafascynował mnie ujawnieniem i znajomością duchowej nieświadomości i ścieżką docierania do jej ukrytych obszarów. Poszukiwałam prawdy o człowieku, o życiu i jego prawdziwym sensie.
Obok perypetii intelektualnych próbowałam odnaleźć siebie, zrywając z obrazem “ugrzecznionej” i wzorowej dziewczyny, czyniąc rzeczy, jak na mój dawny sposób bycia, “szalone” i ekstrawaganckie. Wytańcowywałam swoje “protesty”, dyskutowałam, filozofowałam, oglądałam ambitne i kontrowersyjne filmy, zakochiwałam się bez sensu, cierpiałam i pisałam wiersze o tym, co było we mnie na ten czas. Byłam życiową idealistką i marzycielką, a jednocześnie próbując życia i wolności weszłam na drogę „smakowania” seksu. Uległam mitowi o kobiecie wyzwolonej od przesądów w tym temacie i zaczęłam pragnąć stawać się emancypantką, która buntowała się przeciwko instytucji małżeństwa, jednocześnie mając w swoim sercu gorące pragnienie miłości prawdziwej, harmonijnego i twórczego związku z mężczyzną.
W rezultacie tych poglądów zaczęłam wypowiadać słowa na temat chęci urodzenia dziecka, ale bez związku małżeńskiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o mocy wypowiadanych słów. Robiłam to raczej z przekory i z chęci drażnienia mieszczańskiej moralności (jak to wtedy nazywałam). Niedługo musiałam czekać na ziszczenie się lekkomyślnych poglądów wypowiadanych świadomie, choć jakże bezrozumnych.
Kiedy zaczęłam pracować na uczelni (WSP) w Zielonej Górze jako młoda asystentka, pełna twórczej pasji, nauczająca filozofii, niebawem zakochałam się i poczęłam dziecko, która zaakceptowałam z wielką radością. Okazało się niebawem, że “domorosły filozof”, z którym znajdowałam porozumienie intelektualne, nie jest dojrzały do związku małżeńskiego, a ja nawet nie próbowałam walczyć o pełną rodzinę.
Zostałam zraniona głęboko przez własny grzech, który stał się niebawem jawny. Jako jawnogrzesznica, przed światem pokazywałam “gębę” kobiety, która sama wybrała taki właśnie, niezależny styl życia. W samotności łamana była moja buntownicza natura i nieraz płakałam wołając całym swym jestestwem o coś czy raczej do kogoś, za kim tęskniłam całą sobą. Było to wołanie o miłość prawdziwą. Urodziłam piękną, zdrowiutką i wspaniałą córeczkę. Jednocześnie pisałam doktorat. Jako samotna matka zmagałam się z wieloma problemami, ale na zewnątrz byłam pogodna i pełna optymizmu, ukrywając moje prawdziwe emocje i łzy. Pokazywałam światu twarz kobiety niezależnej, radzącej sobie w niełatwej przecież sytuacji. Nie koncentrowałam się także na swoich wewnętrznych problemach. W moim wnętrzu wszakże narastało poszukiwanie pokoju wewnętrznego, o który było coraz trudniej, w kłębowisku sprzecznych uczuć, braku poczucia bezpieczeństwa, itp.
W tym burzliwym dla mnie czasie zaczęłam interesować się sprawami duchowymi – parapsychologią, religiami Wschodu oraz treningami rybertingu, w który częściowo zaczęłam wchodzić, gdy oto pewne niepokojące doświadczenie niejako ochroniło mnie od głębszego zaangażowania się w te praktyki. Wtedy jeszcze nie nazwałabym te dziwne, a ochraniające mnie okoliczności, zbiegi przypadków, ingerencją i działaniem kochającego mnie Boga, gdyż ciągle jeszcze deklarowałam się jako agnostyczka w sprawach wiary z narastającą niechęcią do instytucjonalnego chrześcijaństwa reprezentowanego przez, tak dobrze mi znany, polski katolicyzm.
Łączenie pracy dydaktyczno-naukowej z wychowaniem Kasi, mojej córki odbywało się kosztem czasu, który musiałam dzielić pomiędzy nią a pisaniem doktoratu. Sama wizja obrony doktoratu napawała mnie bojaźnią i stresem. Moje życie toczyło się po równi pochyłej, choć ja sama, zmagająca się z trudnościami dnia codziennego i niewidzialnymi wrogami mojej duszy, żyłam w dramatycznej nieświadomości, której próg starałam się w jakiś sposób przekroczyć, szukając nieustannie drogi prawdy i miłości.
Łudziłam się faktem rozwoju naukowego, który jakoby miał potwierdzać moją wartość w środowisku uczelnianym, ale i także we własnych oczach ( choć udawałam, że jestem wolna od tego typu uwarunkowań). Napisałam doktorat, który dotyczył filozofii człowieka, jaka wyłoniła się z prac polskiego psychiatry krakowskiego Antoniego Kępińskiego. Doktorat wydałam w formie książki pt. Filozofia człowieka Antoniego Kępińskiego. Fascynowało mnie wtedy podejście Kępińskiego do osób z chorą duszą, a jednocześnie obraz człowieka, który wyłaniał się poprzez “krzywe zwierciadło deformacji, dewiacji psychicznej i cierpienia”. Wiedziałam i czułam wszakże, że rozwój intelektualny nie jest równoznaczny z mądrością, którą wiązałam z harmonią wewnętrzną. A ta przydarzała mi się jedynie czasami, okazjonalnie, jak zapowiedź czegoś możliwego, którego jednak sama nie potrafiłam wypracować.
I oto pewnego lutowego dnia 1993 roku, będąc w samym ferworze zajęć dla studentów zaocznych (miał wtedy miejsce zjazd zimowy i na uczelni panował ruch jak w centrum handlowym), odbywając po 8 godzin dziennie zajęcia z filozofii i opowiadając ludziom o powikłanych i zgoła niełatwych ideach i sposobach myślenia np. I. Kanta, Hegla, itp., Mądrość spotkała mnie niespodzianie w mojej salce wykładowej. Jak zwykle stało się to za sprawą tzw. Przypadku. Dzisiaj przypadek ten nazywam Bogiem.
Do mojej sali, gdzie właśnie odbywałam ostatnie zajęcia i próbowałam zmęczonym już studentom tłumaczyć system filozoficzny I. Kanta, zawitała grupa młodzieży chrześcijańskiej z CHSA (Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Studentów), która poprosiła mnie o przejście do innej sali z powodu spotkania, jakie mieli zorganizować właśnie w tym, odgórnie przydzielonym im miejscu. Kiedy dwaj wysocy dżentelmeni stojący na progu sali zaprosili mnie na to spotkanie nie miałam najmniejszej chęci tam zawitać, myśląc o szybkim powrocie do mojej córki. Tymczasem niespodziewanie dla mnie samej, wskutek usilnych próśb zmęczonych pań z pedagogicznych studiów zaocznych, znalazłyśmy się całą grupą na chrześcijańskim spotkaniu.
To, co od wejścia uderzyło mnie to radość, niepowierzchowna, wypływająca z głębi serc ludzi, którzy tam uwielbiali Boga. Poczułam ją nieomal namacalnie, a coś w środku mnie wiedziało, że na tym miejscu dzieje się coś żywego. Zadziwił mnie także widok jednego z owych dżentelmenów (starszego), który całkiem beztrosko podskakiwał sobie w rytm muzyki gitarowej.
Kiedy zaczął mówić okazało się, że jest anglojęzycznym misjonarzem, który od kilku lat przyjeżdża regularnie do Polski. W trakcie, gdy opowiadał o swoim nawróceniu, a następnie głosił prawdę o Bożej miłości objawionej w Jezusie Chrystusie i o zranionych sercach ludzkich, które potrzebują doświadczenia Bożej miłości, by zostały uleczone, nie mogłam zapanować nad płaczem. Ogarnął mnie całą, a nie próbowałam już powstrzymać tego, co się ze mną działo.
Słowa mówcy trafiały prosto w moje serce i wiedziałam, że w całości są one prawdą. Mówiły one o miłości Boga, który oddał swojego Syna za mnie, by wybawić mnie z opłakanego i żałosnego położenia, by zapłaci cenę za mój grzech, który oddzielał mnie od Boga, Źródła miłości i życia. Wypowiedział także słowa objawiające problemy mojego życia i zmagania, o których z całą pewnością nie mógł wiedzieć. Kiedy padło stwierdzenie, że dzisiaj jest czas zbawienia, a następnie pytanie o to, kto chciałby dzisiaj zaprosić Jezusa do swojego serca, oddać Mu swoje życie i przyjąć zbawienie, już byłam na środku pewna tego, że te słowa Bóg kieruje wprost do mnie. Zaraz potem powtarzałam słowa modlitwy, w których wyznawałam, że jestem grzesznikiem i zapraszałam Jezusa do mojego życia, by je wziął i zmieniał. Dziękowałam za Jego miłość do mnie i za zbawienie, które otrzymałam dzisiaj.
Ogarnął mnie wewnętrzny pokój, którego od lat nie doświadczałam w takim wymiarze. Dopiero później wyczytałam w Biblii, że ”usprawiedliwieni tedy z wiary pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (Rzym. 5;1). Jezus zawitał w moim sercu. Był realny i żywy.
Przez następne dni wypełniała mnie niepojęta a nawet nieuświadamiana do końca radość. Dopiero któreś z kolei pytanie o powód mojej radości czy wręcz domysły jakobym się w kimś zakochała, ugruntowały mnie w przekonaniu, że faktycznie wydarzenie sprzed kilku dni było rzeczywistym spotkaniem z Miłością i początkiem nowego życia, które już emanowało w widoczny sposób ze mnie. Zaczęłam czytać Biblię i uczęszczać na spotkania chrześcijańskie, na których doświadczałam obecności i działania Ducha Św. Uczyłam się relacji z Jezusem. Rozmawiałam z Nim, mając świadomość Jego obecności. Bóg przestał być zakrytą abstrakcją, problemem filozoficznym, z którym zmagałam się wyznając świadomy agnostycyzm. Stawał się bliski i troszczący się o moje życie. Miałam przyjaciela, któremu mogłam zaufać i powierzać najintymniejsze sprawy, wierząc że zawsze jest przy mnie i pomoże mi w każdej sytuacji.
Od tego wydarzenia minęło już czternaście lat. W tym okresie doświadczyłam uwolnień od różnych emocjonalnych problemów, a Pan nasz objawiał mi (na wszelkie możliwe sposoby) nieustannie swoją łaskę i bezwarunkową miłość ojcowską, która leczyła stopniowo chorości mojej duszy, zahamowania, zniewolenia. Wybaczyłam wszystkim osobom z przeszłości, które mnie w jakikolwiek sposób zraniły. To uzdrowienie przeniosło się także na moją córkę, z którą mam bardzo dobre relacje. Znalazłam swoje miejsce w kościele, którego pastorem jest ów dżentelmen napotkany na uczelni, były awanturnik grający na saksofonie.
Od razu zaczęłam usługiwać tym czym zostałam obdarowana mocą Ducha Św. W relacjach z ludźmi Bóg kształtuje mój charakter, zmienia mnie, szlifuje, uczy jak być prawdziwym sługą. Zaczęłam dzielić się Jezusem i Ewangelią jak chlebem w zarówno w miejscu pracy (na uczelni) jak również poprzez moją pracę naukową, którą poświęcam badaniu Biblii pod kątem różnych zagadnień filozoficznych (np. Biblijnej koncepcji człowieka, badaniu stosunku ducha do duszy człowieka, itp.).
Ostatnio wygłaszam referaty o tematyce prawd biblijnych w środowiskach naukowych, akademickich, współpracując i działając w ramach chrześcijańskiego forum pracowników nauki, gdzie nowo narodzeni chrześcijanie z różnych kościołów dzielą się Ewangelią i życiem Jezusa, jakie noszą w sobie. Dzięki Duchowi Św. uczę się odważnie stawać wobec poważnych naukowców i filozofów, by dzielić się Prawdą zawartą w Biblii. Niemożliwe by to było bez mocy mojego Pana, który działa skutecznie we mnie ze swoją przemożną mocą, stając zawsze Prawdą Bożego Słowa. To On uzdalnia mnie do owych śmiałych poczynań i wolności duchowej, o jakiej niegdyś mogłam tylko marzyć. Podziwiam mądrość Pana, który wybiera sobie osoby takie jak ja, kształtuje je, wyposaża, a potem wysyła, by objawiać, demonstrować ludziom o tęgich umysłach filozoficznych prostą Ewangelię miłości Boga, będącą mocą i mądrością Bożą ku zbawieniu ku zawstydzeniu mądrości ludzkiej, filozoficznej. Poznałam w praktyce życia moc Ewangelii, której się nie wstydzę, gdyż jest ona mocą Bożą ku zbawieniu każdego, kto wierzy (List do Rzym.1;16). Jest to uniwersalne przesłanie-nowina o wspaniałym Bogu, który ukochał nas nad życie, a objawił swoje serce i zamiary wobec każdego człowieka, gdy z miłości posłał swojego Syna, Króla w „ludzkim przebraniu ”by Ten utożsamiając się z naszą ludzką naturą mógł przywrócić nas do pozycji utraconej wskutek grzechu i upadku. Wymagało to ofiary zamiennej, gdyż Jezus w zamian za nas poniósł karę za każdy nasz grzech, który kiedykolwiek popełniliśmy i na krzyżu poniósł każdą konsekwencję na jaką zasłużyliśmy jako buntownicy, jako odstępcy od Boga, jako ci, którzy chodziliśmy swoimi drogami a Boga nie respektowaliśmy prawdziwie w naszym życiu.
Właściwie, patrząc z pewnej perspektywy na swoje życie, to dopiero teraz stałam się filozofem w etymologicznym jego znaczeniu, miłośnikiem mądrości, gdyż początkiem mądrości jest bojaźń Boża, a „bać się Pana-znaczy nienawidzić zła”(Przyp. Salomona 8,13). Kto znalazł Pana, albo pozwolił Mu być odnalezionym, znalazł się na wąskiej ścieżce życia prowadzonym przez Mądrość, na której nawet nieuczony nie zbłądzi. Człowiek, który czerpie z Boga żyje na skraju nieba, doświadcza rzeczywistości Ducha Świętego i Jego cudownej obecności, która pozwala mu kwitnąc i obfitować jak oazie wśród okoliczności pustyni tzw. życia. Życie w żywej relacji z żywym Bogiem jest opcją mądrościową. Jest życiem w relacji z Mądrością: „Bo kto mnie znalazł, znalazł życie i zyskał łaskę (Bożą przychylność -E.S.) u Pana, lecz kto mnie pomija, zadaje gwałt własnej duszy. Wszyscy, którzy mnie nienawidzą miłują śmierć”(Przyp. Sal. 8,35-36).
Moja przygoda, „święty romans” (por. J. Eldredge, B. Curtis, Święty Romans) z Królem Królów wprowadziła mnie w nadzwyczajny świat Bożej rzeczywistości, który staje się moją niezwyczajnie zwykłą codziennością, w której coraz bardziej poznaję bliskość i serce mojego Pana dając Mu się poznać i poddawać, by być z Nim w jedności, tęskniąc za domem mojego Ojca, do którego się przybliżam każdego dnia. Tajemnica chrześcijaństwa zasadza się na paradoksalnej stracie „swego życia”, swojego całego „ja” z jego małym kręgiem egocentrycznych spraw by zyskać niezmierzone życie wyższego rzędu poddając się i zawierzając Chrystusowi, który jako Pan podarowuje nam Siebie i wprowadza w życie Ducha. Jak wyraził to pięknie C.S.Lewis: ”Im bardziej usuwamy z drogi to, co nazywamy „sobą” i oddajemy się Jemu, tym bardziej stajemy się sobą. Chrystusa jest tak wiele, że aby Go w pełni wyrazić, nie wystarczy całych milionów „Chrystusów w miniaturze”, z których każdy byłby inny.(…)Bez Niego na nic zdadzą się próby „bycia sobą”. Im bardziej Mu się opieram tym bardziej i próbuję żyć sam, tym bardziej jestem zdominowany przez własne dziedzictwo, wychowanie, otoczenie i naturalne pragnienia. Dopiero kiedy zwracam się ku Chrystusowi, kiedy oddaję się Jego osobowości – wtedy zaczynam po raz pierwszy uzyskiwać prawdziwą, własną osobowość”.(C. S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, s. 216-217).
Marzę, by chrześcijaństwo w Polsce było podobne do tego prawdziwego opisanego w Dziejach Apostolskich, pełne Ducha Św., Jego mocy, miłości, znaków i cudów, bez podziałów doktrynalnych, bez walk teologicznych, zgadzając się całkowicie z wypowiedzią C.S. Lewisa, który stwierdził, że „Kościół istnieje wyłącznie po to, aby pociągać ludzi do Chrystusa, aby uczynić z nich Chrystusów w miniaturze. Jeśli tego nie czyni, wszelkie katedry, całe duchowieństwo, misje, kazania, a nawet sama Biblia, wszystko to jest czystą stratą czasu. Po to właśnie – i tylko po to – Bóg stał się człowiekiem. (…)Biblia mówi, że cały wszechświat został stworzony dla Chrystusa i że wszystko ma w Nim zostać w jedno. (por. List do Kolosan 1,16-20)W Biblii zaś można znaleźć dziwne, ekscytujące sugestie, jakoby nasze pociągniecie do Chrystusa miało sprawić, że naprawionych zostanie wiele innych rzeczy w przyrodzie. Koszmar dobiegnie końca – wstanie ranek.”(C. S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, s. 194).
Moja pasją jest pokazanie, na wszelkie możliwe sposoby, (także poprzez twórczość filozoficzną, pisanie, itp.) mojego Pana Jezusa Chrystusa mocą Ducha Św., by ludzie postawieni na mojej drodze przyciągani byli na zwycięską i zbawienną stronę, gdzie On jedynie jest Panem i Królem. Pracuję z młodzieżą studencką w ramach Koła Miłośników Kultury Alternatywnej TRATWA na UZ, gdzie wspólnie zarażamy pasją życia opartego na wartościach objawianych przez Biblię poprzez styl życia, spotkania z ciekawymi ludźmi, którzy mają odwagę myśleć i żyć inaczej, wykłady, dyskusje, występy zespołów chrześcijańskich, itp. Oprócz tego działam w Stowarzyszeniu Chrześcijańskie Forum Pracowników Nauki (www.chfpn.pl) oraz w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Edukacyjnym w Zielonej Górze (www.chse.pl).
Krótka notka o mnie: Elżbieta Stawnicka, dr filozofii; córka Katarzyna (27 lat). Jestem zamężna. Od 1984 r. pracuję w Instytucie Filozofii (początkowo na WSP, a obecnie na Uniwersytecie Zielonogórskim) jako adiunkt (doktorat obroniony w 1993 r. na podstawie dysertacji pt. Koncepcja człowieka w pracach Antoniego Kępińskiego na Uniwersytecie Wrocławskim, a wydanej w Zielonej Górze w 1999 ). Jestem liderem zboru „Bez ścian” w Zielonej Górze (KBwCh), używana przez Pana w służbie m.in. uzdrowieńczo-uwolnieniowej. Piszę i publikuję artykuły dotyczące prawd zawartych w Piśmie Św., m.in. Człowiek-stworzenie, upadek, zbawienie (Zielona Góra 1997).
Mieszkam i pracuję w Zielonej Górze.
Elżbieta Stawnicka-Zwiahel

Dr Filozofii



Krótka Notka: Żyjemy w dobie niezwykłych presji życiowych. Rzeczywistość przestała być przewidywalna i bezpieczna. Reagujemy na zagrożenia typu utrata pracy i trudności ze znalezieniem czegoś nowego, lękami, które się mnożą. 

Do tego dochodzi jakiś ponadracjonalny pęd i zabieganie, w który jesteśmy wręcz pochwyceni. W związku z tym coraz więcej ludzi przeżywa kryzysy emocjonalne i duchowe. Mnożą się choroby, które mają często podłoże psycho-somatyczne. 

Warto zatem zatrzymać się, by przemyśleć swoją sytuację, nazwać problemy, porozmawiać o możliwości rozwiązania. Stąd też moja propozycja rozmów na bazie biblijnej koncepcji terapii, która bazuje na duchu, duszy i ciele (kurs Fundacji polsko-niemieckiej DE'IGNIS w zakresie pracy chrześcijańskiej terapii). 

Jest to pomoc w zakresie: 1. Zaburzeń tożsamości-kim jestem; 2. sensu życia – braku wizji życia oraz przeznaczenia, 3. problemy psychiczne - „zranienia” z przeszłości oraz uzdrowienie wewnętrzne, 4. dylematy życiowe – co zrobić? 5. psychopatologie – źródła depresji, zniewoleń duchowych, lęków; 5. jak pokonać negatywne wzorce z własnych rodzin? 6. Jak budować lepszą teraźniejszość i przyszłość na podstawie przemyśleń i nauki z przeszłości, 7. walka o umysł – zmiana sposobu myślenia z destruktywnego w pozytywny, 8. wyzwania życiowe – pragnienia i marzenia- jak osiągać cele życiowe i się nie poddać wobec trudności (natura zwycięzcy); 9. wartość osobistych kryzysów – problem cierpienia; 10. wsparcie duchowe – nadzieja. 

Moje Publikacje




" Dialog stał się w ostatnich czasach modnym terminem oraz przedmiotem rozważań i poważnych filozoficznych dysput. Jest to swoisty paradoks filozofii współczesnej: prowadzić dysputy filozoficzne o dialogu. Zdradza on wszakże i wskazuje na pewien fundamentalny deficyt, a mianowicie na zanik prawdziwych i głębokich rozmów międzyludzkich przy jednoczesnym zalewie mówienia i gadulstwa określonego przez Martina Bubera gadaniną, która jest wszechobecna. Im mniej prawdziwych kontaktów międzyludzkich, ważnych, autentycznych rozmów, w których można faktycznie mówić o spotkaniu, tym więcej pustej mowy, która stwarza tylko pozór mądrości i nie wiedzie do relacji". 
Autor Elżbieta Stawnicka-Zwiahel
Wydawca Adam Marszałek
Wydanie Toruń 2012





Spis treści

Dialogiczny wstęp – zaproszenie do dialogu
Rozdział I
O spotkaniach między niebem a ziemią . Transcendentny wymiar dialogu 
1.1. Rzeczywistość znaków
1.2. Znaki (objawienie) jako zagadywanie Boga do człowieka. 
Bóg szukający człowieka do relacji Ja–Ty
1.3. Izrael jako znak w historii 
1.3.1. Izrael jako wzór dla innych ludów – bycie narodem świętym. 
Problem naśladowania Boga 
1.3.2. Ci, którzy Boga słyszą i słuchają. Prawdziwi i fałszywi prorocy i ich wpływ na dzieje Izraela
1.3.2.1. Jaka zatem jest różnica pomiędzy fałszywym a prawdziwym prorokiem?
1.4. Izrael jako znak Bożej obecności i władzy dla narodów (zasada teopolityczna). Dziwny Bóg Izraela? 
1.4.1. Co to znaczy być człowiekiem Bożego zaufania? Mojżesz typem Bożego przywódcy
1.4.2. Wywołany do dialogu po imieniu – Bóg objawiający się Mojżeszowi w krzaku gorejącym
1.4.3. Świętowanie relacji z Bogiem jako święty szabat. Relacyjny Bóg. „Oblubieńczy paradygmat” dialogu
1.4.3.1. Szabat jako znak przymierza
1.4.4. Exodus Izraela jako znak uniwersalnej prawdy 
o ludzkiej wędrówce
1.5. Biblia jako Słowo Boga – zagadnięcie do człowieka. Biblia hebrajska i biblijny humanizm
1.5.1. Dziwność Biblii i jej objawienia z punktu widzenia współczesnego człowieka 
Rozdział II
Zarys antropologii dialogicznej Martina Bubera
2.1. Przełamywanie samotności człowieka – „dwójnia” jako antidotum 
na monologiczne nastawienie fi lozofii
2.2. Mistycyzm a duch człowieka. Wątki chasydzkie antropologii M. Bubera
2.2.1. Religijna koncepcja terapii – chasydzka droga pobożności
2.2.2. Niebezpieczeństwo mistycyzmu jako kwietyzmu
2.3. Co ma wspólnego spotkanie człowieka z Bogiem ze spotkaniem człowiek–człowiek?
Absolutny fundament wszystkich dialogów 
2.4. Człowiek jako byt duchowy
2.4.1. Dwoistość bytu – dwoistość postaw. Pradystans oraz samotność człowieka a relacja 
2.4.2. Kultura a sfera duchowa 
2.4.3. Dwa „bieguny” człowieczeństwa w perspektywie dwóch 
fundamentalnych odniesień – Ja–Ty i Ja–Ono. Ludzkie dzieje 
jako „odyseja” relacji: w drodze do człowieczeństwa – od samoistoty do osoby 
2.4.3.1. Terapia dialogiczna 
2.4.3.2. Fenomen Napoleona. Samoistota a demoniczność
Rozdział III
Spotkania i dialogi w przestrzeni międzyludzkiej . Człowiek z człowiekiem
3.1. Dialog sferą słowa. Słowa nośnikami Ducha
3.2. Spotkanie a dialog 
3.3. W żywiole rozmowy 
3.3.1. Ontologiczny status rozmowy. Dwa style bycia oraz ich 
pochodne – dwa rodzaje rozmów: rozmowa prawdziwa i pozorowana 
3.3.2. Rozmowa w przestrzeni prawdy i dobra
3.3.2.1. Dobro między ludźmi. Dobra rozmowa niosąca dobro 
3.3.3. Problem zła w wymiarze metafi zycznym i jego wpływ na sferę 
ludzką. Zło w przestrzeni dialogicznej, między ludźmi
3.3.4. Odpowiedzialność jako odpowiedź 
3.3.4.1. Godność a odpowiedzialność 
3.3.4.2. Odpowiedzialność jako służba względem stworzenia
3.3.4.3. Przykłady godności jako wiarygodności – cadyk, 
nauczyciel i pisarz. W służbie ducha
3.3.5. Dwie rozmowy Martina Bubera – wielka alternatywa: Bóg filozofów czy żywy Bóg relacji?
3.3.5.1. Różnica: Dwa rodzaje Ja w religii i filozofii. Która z tych dziedzin rozwija człowieka „zupełnego”? 
3.3.6. Rozmowa nie jedno ma imię (próba typologii dialogów) 
3.3.6.1. Rozmowa ratująca życie 
3.3.6.2. Milczący dialog 
3.3.6.3. Dialogi religijne
3.3.6.4. Rozmowy zakochanych. O możliwości dialogu i jego negacji w żywiole erosa 
(eros uwięziony, czyli o „niebezpieczeństwie” anty-dialogiczności rozmów miłosnych)
Na zakończenie
Bibliografia