poniedziałek, 16 maja 2016

Jonaszowe wybiegi. Czyli o naszych ucieczkach, nieposłuszeństwie i granicach samo-oszustwa. „Każdy święty ma swoje wykręty”?

Jak pokrętne może być ludzkie serce – skore do wygody i błogosławieństw, a niechętne do poświęcenia się związanego z wypełnieniem woli Boga na ziemi, świadczy historia Jonasza.
Opisał ją niezwykle pouczająco Roman Brandstaetter w książce „W kręgu biblijnym”.[1] Jako, że Brandstaetter jest polskich Żydem w związku z tym Jego rozważania pt. Prorok Jonasz są przedstawione w typowo hebrajski sposób – wnikają w głąb tekstu biblijnego głęboko i drążą ją do samego dna. Tylko bowiem człowiek żydowskiego pochodzenia zna tak znakomicie mentalność, pobożność i sposób myślenia drugiego Żyda. Jakie wątki wydobywa zatem pisarz z historii Jonasza?
            Bóg zlecił Jonaszowi nietypowa misję pójścia do dużego miasta pogan, do Niniwy, by tam ostrzec ich mieszkańców przed zbliżającym się sądem Bożym i nawoływać ich do pokuty. Jonasz słyszał wyraźnie Boga. Pan przemawiał do niego przez sny, które były nader czytelne. Mówiły one jednoznacznie o rozstaniu z rodziną, by wyruszyć w jakąś daleką podróż, do obcej i nieznanej mu krainy. „I oto Jonasz udawał, że nie rozumie snu. Przed kim udawał? Przed Bogiem czy przed sobą?
Jonasz zaczął swoistą „grę” z Bogiem. Grę w chowanego. Kolokwialnie rzecz ujmując „ciął głupa”. Był normalnym człowiekiem i jak wielu z nas cenił sobie równowagę, spokój i szczęście. Nie znosił zmian, które by wniosły coś nowego i nieprzewidywalnego i zmuszającego go do porzucenia życia, które tak cenił.